Ruiny pałacu nie są stąd bardziej odległe niż o 200 metrów. Sam port przez tysiące lat wrósł w ten przybrzeżny krajobraz i zespolił się z nadmorską rzeczywistością. Z trudem można dostrzec, że nie jest on wytworem natury, lecz dziełem rąk człowieka. I to jakim dziełem! Minojczycy ulepili swój port w znakomitej części po prostu z gliny! Tylko podstawy falochronów i nabrzeża zbudowane są z regularnie obciosanych, bazaltowych bloków. Ułożono je równo, jeden tuż obok drugiego, na kilku poziomach. Na to położono drugą warstwę. Dziś już nie wiadomo jakiej była grubości, lecz na pewno była wystarczająco solidna skoro przetrwała 4000 lat. To warstwa wypalonej i utwardzonej jak kamień, gliny. Przez te cztery tysiąclecia upodobniła się do skały.
Przechadzając się po tych rzekomych skałach, a w rzeczywistości po potężnych glinianych pozostałościach minojskiego portu zauważyłem jakieś tajemnicze otwory. Mają różną średnicę - od 20 cm do 30 cm. Są okrągłe, nierównomiernie rozrzucone na powierzchni falochronu i idą w setki. Każdy otwór ma wewnątrz cieniutką, kilkumilimetrową warstewkę z materiału jeszcze twardszego niż tworzywo z jakiego wybudowano falochron.
Jakie miały przeznaczenie te dziwne otwory?
Początkowo myślałem, że to są miejsca gdzie mocowano kolejne warstwy nabrzeża. Miejsca, w które wbijano drewniany pal, co drugą częścią pozostawał wbity w następną warstwę.
Ale w takim razie dlaczego miały różne średnice?
Łatwiej jest przecież przyciosać pień do wielkości otworu wykonanego w skamieniałej glinie niż odwrotnie. Inaczej mówiąc, wydaje się mało prawdopodobne aby wielkość otworu w glinianym, wypalonym bloku dostosowywano do wielkości drewnianego pala.
Wszystkie otwory rozsypane są nieregularnie, bez żadnego sensownego porządku. W niektórych jednak miejscach, w miejscach ściśle określonych umiejscowiono je jednak w równych od siebie odległościach. Te z kolei otwory są dla odmiany większe od pozostałych, zdecydowanie większe.
Łaziłem po tym cmentarzysku inżynieryjnej myśli sprzed tysięcy lat i zastanawiałem się. Odpowiedź wydawała się tak prosta, zaledwie w zasięgu ręki, prawie oczywista. Tak oczywista jak oczywiste było samo istnienie tych otworów. Niemal namacalna.
Może to pozostałość po cedrowych palach, które stanowić miały konstrukcję dla glinianego budulca? Minojczycy mogli je w jakiś tajemniczy sposób wypalać, tworząc skamielinę zdolną przetrwać tysiące lat. Wskazywałaby na to cieniutka, szczególnie twarda warstewka wewnątrz każdego otworu. Ale w jaki sposób można wypalić cedrowy pal zalany wcześniej gliną?
Cywilizacja minojska opierała się głównie na glinie i zaprawie murarskiej. Kamienia używano dość rzadko, wybiórczo i tylko na fundamenty. Wynikało to pewnie z faktu, że na ogół budowano tutaj wielopiętrowo. Konstrukcję wyższych pięter opierano na stropach i kolumnach. Glina jest lżejsza od kamienia. Mieli więc Minojczycy doskonale wypracowaną technologię użycia gliny i zaprawy budowlanej. Nic nie pozbawiło twardości ich wyrobów, pomimo upływu tysięcy lat. Portowe konstrukcje wciąż tkwią na swoim miejscu.
Pomimo miliardów uderzeń morskich fal, pomimo tysięcy sztormów, na przemian gorąca i zimna, słońca i soli morskiej i diabli wiedzą jakich jeszcze destrukcyjnych czynników, ta prosta gliniana konstrukcja dotrwała do naszych czasów! Jest absolutnie czytelna w swym zamyśle.
A czy dzisiaj, gdybyśmy zapragnęli zbudować gliniany port zdolny przetrwać 4000 lat, to czy te nasze gigantyczne mózgi komputerowe, te niezliczone zastępy utytułowanych mądrali zdołałyby sprostać takiemu wyzwaniu? Nie sądzę!
Pływam w przeźroczystej wodzie pomiędzy dwoma falochronami minojskiego portu. W portowym kanale sprzed czterech tysięcy lat, pośród uwijających się kolorowych rybek. To niezwykłe przeżycie. Z dna wyłowiłem kamień. Może stanowi fragment czegoś starożytnego, czegoś co miało kiedyś jakieś znaczenie. Ale jakie? Ma niewielką dziurkę wkraczającą w jego materialne wnętrze, a na powierzchni ślady tajemniczych znaków.
Wokół pałacu w Mali - tego pogodnego, otoczonego górami pałacu, z tarasami schodzącymi wprost do morza i wokół nieodległego starożytnego portu istnieje jakaś mistyczna atmosfera. To genius loci – duch tego miejsca. Jest tu wiele śladów po ludziach sprzed tysięcy lat. Pozostawili materialne dowody swych myśli, ślady swej estetyki, wierzeń, ślady odległego życia. Wciąż je dostrzegamy.
Widzimy port, widzimy olbrzymie głazy, jakieś otwory, których przeznaczenia nie znamy. Widzimy jaki zarys miał ten port, jak obmyślono wpływanie doń, w jaki sposób mocowano tu statki, jak przewożono towary i gdzie je magazynowano. Wszystko to widzimy jak na dłoni. Możemy tego dotknąć, podnieść z ziemi, obejrzeć na miejscu lub w nieodległym muzeum. Oglądamy kolorystkę fresków, kształty naczyń, czyjeś sarkofagi, czyjąś biżuterię, narzędzia, gliniane figurki.
Mieli Minojczycy jakieś pragnienia, coś ich bolało, coś radowało, czegoś oczekiwali od życia.
Pomimo, że od 4000 lat ich nie ma, pomimo że przemienili się w pył wszędzie tu obecny, nagle spostrzegamy, że byli dokładnie tacy sami jak my. Może z jednym wyjątkiem – podobno nie znali wojen. Musieli więc ulec!
Każda następna po nich cywilizacja była coraz bardziej wojownicza, bardziej krwiożercza. Poczynając od miłujących pokój Minojczyków – poprzez walczących według jasnych zasad starożytnych Greków i Rzymian, nowożytnych Europejczyków wojujących już według zasad dzikich, ale jednak wedle jakichś zasad, aż po nasze czasy, kiedy mordujemy się bez żadnych zasad. Sposób zabijania wyznacza technologia.