Są takie rzeczy, które w nas rozrastają się coraz bardziej.
Są takie rzeczy. Bo bywają rzeczy, które poruszają. I dzieje się tak nie wiedzieć czemu. Jakaś głupia melodia, która pomimo, że tego wstydzimy się powoduje dziwny ucisk w gardle, a nawet wilgotność oczu, czasem. Oczywiście jest to często kicz i całe to zamieszanie to po prostu zwykły obciach. Obciach - to teraz tak modne słowo.
Muzyka owszem - ona czasem porusza, ale żeby obraz?
Mnie najbardziej porusza właśnie obraz. Obraz Vermeera van Delfta pt. "Mleczarka". Niektórzy nazywają go też - "Nalewającą mleko". To niewielki obraz. Rzec by można - obrazek zaledwie. Jestem admiratorem wszystkich dzieł Vermera van Delfta. Wszystkich bez wyjątku. Lecz niewielu przecież, bo zachowało się ich niewiele. Małych, rodzajowych scenek. Tych krótkich opowiastek o życiu. Fotografii chwil. Lecz najwspanialszą z nich jest owa "Mleczarka".
Ten obrazek przedstawia prostą i niespecjalnie urodziwą kobietę, ubraną skromnie czy nawet wręcz niedbale. Rzecz dzieje się we wnętrzu, w kuchni zapewne, czy w jakimś innym pomieszczeniu o pomocniczym charakterze. Przez prostokątnie podzielone szyby okna wpada do środka przyćmione światło. Na wąskim stole pod oknem jest porozrzucane pieczywo. Stoi tam też niewielki niebieski dzbanek oraz leżą inne, drobne rzeczy bez specjalnego znaczenia.
Kobieta nalewa mleko.
Przelewa je z glinianego garnka do garnka większego, również glinianego. Mleko ścieka powoli wąską strugą. Kobieta jedną dłonią trzyma ucho dzbanka, z którego mleko wlewa, a drugą dłonią ów dzbanek od dołu podtrzymuje. Jest skupiona. Niezwykle skupiona. Jest skoncentrowana na tej czynności. Nic poza nią jej nie obchodzi. Biała strużka ścieka powoli, jednolicie, cichutko i płynnie.
To przedstawienie jest tak doskonałe, że zapiera dech. Bije z niego spokój perfekcji. Przemawia milczeniem, ciszą, skupieniem. To sztuka w czystej postaci. Tutaj niczego nie można już dodać. Ani jednej kreski, żadnej plamki, nawet niewielkiej kropki. I niczego nie można stąd ująć.
To jest dzieło absolutnie doskonałe!
Przez wiele minut stałem przed tym niewielkim obrazkiem, powieszonym na ścianie w Rijksmuseum w Amsterdamie, wpatrzony weń. Przez wiele minut. Może przez pół godziny. Czułem mrowienie na plecach. Zaschło mi w gardle. Nie dostrzegałem przechodzących obok mnie ludzi, nie czułem ich oddechów, ani spojrzeń, nie słyszałem ich szeptów.
Coś podobnego jeszcze nigdy mi się nie przytrafiło. Nigdy czegoś takiego nie przeżywałem. Bo nigdy żaden obraz nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia. Czułem fizyczną rozkosz patrzenia.
Nie wiedziałem co mam uczynić? Co zrobić aby tę chwilę utrwalić, aby ją zatrzymać, aby nigdy nie przeminęła i pozostała we mnie na zawsze?
Chociaż czułem, że nie mogę tak stać w nieskończoność tamując ruch zwiedzających, to z drugiej strony, nie potrafiłem stamtąd odejść. Nie potrafiłem tak po prostu, zwyczajnie odwrócić się na pięcie i przejść do następnego obrazu, wejść do następnej sali, wkroczyć na następne piętro.
To nie było możliwe. Nie można odejść od tego obrazu ot, tak sobie. Należało zatem wyjść z muzeum, bo dalszy tam pobyt pozbawiony już był sensu.
