Aix-en-Provence - to miasto cienistych, platanowych alei, niezliczonych kawiarni z rozsypanymi maleńkimi stolikami w ramionach roześmianych ulic. Miasto wielojęzycznego gwaru barwnych studentów oraz pięknych dziewczyn o głębokich, czarnych oczach. To miasto artystów. Miasto Paula Cezanne'a.
Odwiedziliśmy Musee Granet, gdzie trzymają kilka jego płócien. Mają też tam jednego Rembrandta, jednego Picassa, zdaje się że dwóch Rubensów, Paula Klee, Legera, Bonnarda i jeszcze kilku ciekawych gości. W Polsce to oczywiście byłby absolutny hit - tutaj to nic nadzwyczajnego.
Jesteśmy w ojczyźnie Luwru i Muzeum d' Orsay. Te dzieła to przecież dzieła raczej średniej jakości. Nie olśniewają. W rodzinnym mieście Cezanne'a stanowczo za mało mają oryginalnego Cezanne'a. W muzealnym sklepiku kupiłem sobie słomkowy kapelusz z napisem ;"Aix-en-Provence - Musee Granet". Od razu poczułem się inaczej. Lepiej! Nagle wszystkie piękne dziewczyny, których jest tu zatrzęsienie jakby częściej uśmiechały się właśnie do mnie. Do faceta o szpakowatej brodzie i do tego w słomkowym kapeluszu. Musiałem przypominać im kogoś sławnego. Zaczynam wreszcie rozumieć dlaczego kowboj raczej wyjdzie z saloonu bez rewolweru, niż bez kapelusza.
Aix to miasto fontann. Niezliczonej ilości pomników i fontann. To jest niezwykłe kiedy na każdym skrzyżowaniu spotykamy nową fontannę. Aix to także miasto platanów. Słońce prześwituje przez platanowe liście. A kora platanowego pnia wygląda jakby trwale wchłonęła słoneczne plamy i na zawsze je sobie odrysowała. Kiedy spojrzy się w ulice Aix-en-Provence jak płoną słońcem, jak drżą plamami ślizgającymi się pomiędzy liśćmi i jak spływają one po tych platanowych pniach - to nie dziwią rozedrgane barwy w obrazach impresjonistów. Tu świat po prostu tak właśnie wygląda! Domy są kamienne, stare, trochę w stylu kolonialnym. Większość zaopatrzona w koronkowe balustrady długich balkonów i w zdobne okucia okien.
No i prowansalskie drzwi! Tak pięknych drzwi wejściowych do domów, a raczej wrót wejściowych nie widziałem nigdzie. Piękne są drzwi florenckie, piękne są drzwi sieneńskie. Piękne też amsterdamskie i paryskie. Lecz tak misternie wykonanych drzwi, z tak niezwykłą precyzją nie widziałem. Zrobiłem im wiele zdjęć. Drzwi fascynują mnie już od dawna.
Sklepy w Aix są eleganckie. To miasto ludzi zamożnych i intelektualnie rozbudzonych. To miasto - jak piszą w przewodnikach - właścicieli ziemskich, wolnych zawodów, studentów i artystów. Uderza też duża liczba młodzieży sprawiającej wrażenie, że studiującej. Nie ma tu nędzarzy, wszyscy są świetnie ubrani, wszyscy są radośni. Dziewczyny piękne i barwne. A biedota to tylko z rzadka spotykani kloszradzi, chyba nawet przyjezdni, którzy bardziej dodają miastu kolorytu, aniżeli skłaniają do refleksji.
Ulice Aix pełne są rozgadanego tłumu. W kawiarniach, których jest tu zatrzęsienie, nie ma wolnych miejsc. Wiele jest tu placów, placyków, krętych uliczek. Stare miasto sytuuje się zaraz za główną arterią miasta - Cours Mirabeau. Po jednej jej stronie są tylko kawiarnie, kawiarnie i kawiarnie - po drugiej tylko banki i banki. Środkiem zaś wolno płynie rzeka lśniących samochodów.
W miejscach bardzo wyeksponowanych stoją olbrzymie rzeźby naszego Igora Mitoraja. Świetnie komponują się z estetyką tego miasta. Na placu de Gaulla - a więc w centralnym punkcie miasta, stoi olbrzymi posąg Dedala, a na starym mieście przed Hotelem de Ville nieco mniejsze popiersia - wszystko mitorajskiego autorstwa.
Idziemy szybko aby jeszcze przed zmrokiem zdążyć do atelier Paula Cezanne'a. Jest ono na przedmieściach Aix. Wspinamy się pod górę. Po drodze pytamy jakiejś starej damy czy aby nie zbłądziliśmy? Ależ nie dzieci, idziecie w dobrym kierunku - odpowiedziała stara dama. Oczywiście po francusku.
W końcu znajdujemy mały domeczek w zacienionym ogrodzie. Wbiegamy na piętro, gdzie jest już ostatnia grupa zwiedzających z angielskojęzyczną przewodniczką. Pokazuje coś nam, opowiada, znów coś pokazuje. Oczywiście wszystko, co mogłoby zrodzić najmniejsze podejrzenie, że zostało namalowane lub wykonane ręką Cezanne'a jest reprodukcją. A co do reszty OK - reszta jest bezsprzecznie autentyczna. Tak przynajmniej zapewnia przewodniczka.
Patrzę na te stare płaszcze, na poplamione torby, na palety z zaschłymi resztkami farb, na powyginane sztalugi. Patrzę na stołki, stołeczki, na brudne stoliki i na stare szafki. Na wytarty melonik mistrza i na jego zakurzony beret. Chcę wierzyć, że to naprawdę należało do Cezanne'a. Teraz nawet jego najmniejszy i nie specjalnie udany obraz jest więcej wart niż cały ten szmelc, razem z domem i ogrodem. To banał, lecz jakże zastanawiający banał. Zaiste - dobry Bóg lubi naigrywać się z ludzi.
Ogród jest dziki, słońce prześwituje przez żółknące liście i ogrzewa złotymi plamami metalowe ogrodowe krzesło. Wyleguje się na nim bury kot. Na pewno pamięta Cezanne'a, bo każdy kot ma siedem żyć. A Cezanne umarł dopiero 104 lata temu. Kot powinien go zatem dobrze pamiętać. Z okien pracowni roztaczał się widok na górę Ste-Victorie, którą malarz malował do znudzenia. Teraz jednak samej góry już nie zobaczyłby, bo widok z okna zasłoniły stare drzewa. Żaden malarz nie pozwoliłby, aby okna jego pracowni zasłoniły drzewa - wyciąłby je w pień bez litości! Lecz Cezanne'a tu nie ma. Nie ma go też Aix-en-Provence. Tak jak w Arles nie ma Van Gogha. Oba miasta szczycą się nimi, tak jakby i za ich życia fundowały im podobne zaszczyty i splendory. A przecież tak nie było. Cezanne u schyłku życia zaczął być umiarkowanie doceniany, a Van Gogh za życia nigdy!
Pijemy kawę w słynnej kawiarni Les Deux Garcons. Siedząc w jej ulicznym ogródku spoglądamy na tętniącą Cours Mirabeau - najpiękniejszą ulicę Aix. Kawiarnia ma wykwintny wystrój w stylu Orient Expresu - lecz kawa tutaj jest tylko o głupie 20 centów droższa niż gdzie indziej. To niewiele.
Powoli dogasa dzisiejszy dzień. Z gorących jeszcze ścian renesansowych pałaców, ze stygnących kamieni bruku słoneczne plamy odpływają ku pstrokatym pniom platanów. Robi się chłodnawo. Trzeba wracać!
się rzewnie - inaczej nie sposób.
A potem mi się to wszystko śni.
Dzięki za spełnienie prośby ukrytej i dołączenie do albumu paru "mitorajów" - znam pana Igora od dawna i lubię patrzeć, jak dzieła jego rąk rozmawiają z otoczeniem.
Moim zdaniem spełniają one wszystkie trzy funkcje które przypisuję ex definitione każdemu dziełu sztuki - są jednocześnie diagnozą, komentarzem i przepowiednią.
Zazwyczaj te funkcje nie występują łącznie - w "mitorajach" i owszem.
Za każdym razem, kiedy podążam przez świat Pana śladem, towarzyszy mi natrętna myśl: te opowieści trzeba ogłosić drukiem.
A że przed chwilą znalazłam podobne stwierdzenie u Ellenai i pani Mili - odnośnie do opowieści o ciotkach, to kto wie, kto wie?
Precedens już jest: przed dwoma laty Sosenka z Panią Łyżeczką wydały wspólnie zbiór swoich wpisów blogowych i wcale sympatycznie im to wyszło.
Jakby tak zebrać wachlarz najciekawszych nurtów tematycznych Latte24, a w nich najlepszych notek, opatrzyć je ilustracjami i zdjęciami, Igora namówić na subwencję...
Tytuł roboczy "Zaproszenie na Latte24" już wygląda nieźle, prawda?
Pozdrowienia uśmiechnięte w permanencji