Na letnisko wyjeżdżaliśmy z dobrodziejstwem inwentarza. W Grotnikach pod Łodzią Ojciec wynajmował cały parter białego domu położonego w sosnowym lesie. Dom nie miał określonego charakteru – nie był to stricte dom wiejski, raczej podmiejska willa.

Jechaliśmy tam ciężarówką marki Star. Na platformę przykrytą szarą plandeką ładowaliśmy nasz niezbędny dobytek. Zabieraliśmy więc wielki wiklinowy kosz, na co dzień stojący w służbówce, trzy wielkie, ciemnozielone, brezentowe wory z nadrukiem US Army, jakieś przepastne walizy, jakieś toboły.

Jechały też z nami dwa bardzo ważne meble – drewniany fotel babci i turystyczny, składany fotel Ojca. Jazda nie trwała długo, lecz była zajmująca. W tamtych czasach nawet głupi przejazd taksówką był zajmujący i emocjonujący. A cóż dopiero podróż ciężarówką marki Star na letnisko w Grotnikach pod Łodzią.

W szoferce obok kierowcy zasiadała babcia. Babcia była kobietą otyłą i mocno po siedemdziesiątce. Oczywistym jest zatem, że jej przysługiwało to miejsce. Ja siadałem tuż obok, na gorącej pokrywie silnika niedbale przykrytej poplamionym kocem. Pamiętam, dobrze to pamiętam jak przez całą podróż rozgrzana blacha boleśnie parzyła me pośladki. Służąca Maryśka jechała z rzeczami, na pace. Ojciec przyjeżdżał pociągiem. Wydawało mi się wówczas, że z powodzeniem mógłby jechać z nami. Zmieściłby się przecież siadając obok Maryśki w tym swoim turystycznym fotelu. Dziś wiem, że dla Ojca było po prostu niewyobrażalne aby przedwojenny warszawski adwokat podróżował jak lump na platformie ciężarówki. Nawet ciężarówki marki Star. Nowe czasy nie były w stanie zmusić go do tego! Gdzieś były granice kompromisu.

Rozgrzany samochód pachniał benzyną, zegary ociekały tłustą cieczą. Wszystko składało się, uzupełniało i dopełniało. Znajdowało na swoim miejscu. Łącznie z psem, którego w ostatniej chwili upychaliśmy w jakimś wolnym kącie. Jechaliśmy na letnisko!

Dom stał w lesie sosen otoczony piaskiem i drewnianym płotem. Z okien pokoju widziałem żywiczną prostotę drzew w nieodgadnionej przestrzeni. Przeniesiony z drżącego hałasem śródmieścia Łodzi w zacisze lasu zasypiałem natychmiast, oddychając ciszą mych sześciu lat. A może siedmiu? Nie miałem przeszłości. Istniał tylko dzisiejszy dzień.

W przeźroczystym strumieniu łapię wiklinowym koszem małe rybki. I odławiam kijanki. Muszę się śpieszyć aby zdążyć. Aby nie przemieniły się w coś zupełnie innego. Strumień ma niegdysiejszą czystość, woda sięga mych kolan, a dno jest złociste. Brzegi porastają błękitne niezapominajki

Idę środkiem kolejowego toru po piaszczystym nasypie. Mam sześć lat. A może siedem. Chyba nie jestem sam, lecz nie wiem czy ktoś jest jeszcze ze mną. Wokół wszystko nagrzane jest słońcem. Kolejowe podkłady pachną smołą, a na zboczach nasypu płożą się dzikie róże. Włochate liście łaskoczą me gołe nogi. Powietrze aż dudni od jednostajnego brzęczenia owadów. Dudniąca, brzęcząca cisza. Jestem sam – lecz czuję, że ktoś jest przy mnie. Czuję to wyraźnie. Lecz kto? W każdej chwili może nadjechać pociąg. Lecz ja nie myślę o tym. Nie obawiam się wcale pociągu, bo mam zaledwie sześć lat. A może siedem. Czekam!

I oto nagle, całkiem nieoczekiwanie odnajduję się zupełnie gdzie indziej. Odnajduję się w innym miejscu. Pędzę teraz na moim pierwszym rowerze do majaczącego w oddali białego dworku. Mknę aleją obrośniętą nieprzycinanym, bukowym żywopłotem. Gdzieś pada cień, gdzieś rozbryzguje się słońce. Pedałuję mocno, z wielkim wysiłkiem, lecz wcale nie zbliżam się do celu. Ani o centymetr. Dwór jest wciąż tak samo daleko. Ciągle jest ledwie widoczny. Niepewnie rysuje się we mgle.

Słyszę teraz daleki łoskot nadjeżdżającego pociągu. I brzęczenie telegraficznych słupów. Kostropatych od wbijanych w nie ostróg przez ludzi, którzy potrafią wspiąć się do nieba. Ostrożnie przytykam doń ucho i czuję jakiś zapach.Tak pachnie słup telegraficzny. Pachnie smarem i jakimś takim przemysłowym nasyceniem. Moje ucho łaskoczą drzazgi, a w jednostajnym brzęczeniu rozpoznaję treść rozmowy. Słyszę wyraźnie czyjąś rozmowę, rozpoznaję nawet słowa. To są słowa przyrzeczenia. Tak, teraz słyszę je wyraźnie, bo mam zaledwie sześć lat. A może siedem.

To tylko stare fotografie. Dwie, a może trzy. Skutkiem błędu w niedoskonałej przecież sztuce fotografii, nałożyły się jedna na drugą. I tyle. W sumie nic ważnego.